Pytał krewnych o zgodę na gnojowice. Sąd Najwyższy uznał, że to go kosztowało nieruchomość

Mężczyzna przez dekady gospodarował na rodzinnej ziemi. Remontował, budował, hodował krowy. Sądził, że to wystarczy, by zasiedzieć część należącą do nieobecnych krewnych. Sąd Najwyższy miał inne zdanie – i jeden drobny szczegół zaważył na wszystkim.


Sprawa zaczęła się ponad jedenaście lat temu, w 2015 roku, gdy dwóch mężczyzn z rodziny C. złożyło wniosek o zasiedzenie ćwierci gospodarstwa rolnego w dawnych Prusach Wschodnich. Dwa hektary ziemi z domem, garażem i oborą – nieruchomość, którą rodzina przejęła po przymusowych wysiedleniach w ramach Akcji Wisła w latach 1944–1946.

Właścicieli formalnie było wielu – siedmioro krewnych i gmina. Większość od lat nie interesowała się ziemią. Wyprowadzili się do miast. Adres jednej ze współwłaścicielek był nieznany – sąd musiał ustanowić dla niej kuratora dla osoby nieznanej z miejsca pobytu. Jeden ze współwłaścicieli zdążył umrzeć w trakcie procesu.

Wnioskodawcy byli przekonani, że mają mocne podstawy. – “Wydawało się nam, że wszystko jest nasze, nawet nie wiedzieliśmy, jakie były udziały pozostałej rodziny” – mówił syn jednego z wnioskodawców. – Nie pozwalają nam zasiedzieć terenów, które obejmują nasz dom, garaż i oborę.

Czym jest zasiedzenie i dlaczego to nie jest proste

Zasiedzenie to instytucja prawna, która pozwala nabyć własność nieruchomości przez długotrwałe, nieprzerwane korzystanie z niej – nawet bez żadnego aktu notarialnego czy umowy. Brzmi prosto: mieszkasz i gospodarzysz na ziemi przez 20 lub 30 lat, a prawo uznaje cię za właściciela.

Ale jest haczyk. Samo korzystanie to za mało.

Prawo wymaga, by posiadanie było samoistne – czyli żeby osoba korzystająca z nieruchomości zachowywała się jak właściciel: samodzielnie decydowała, inwestowała, wykluczała innych z korzystania. I co kluczowe – żeby ta postawa była widoczna na zewnątrz, dostrzegalna dla otoczenia i dla pozostałych właścicieli.

W przypadku współwłasności sprawa jest jeszcze trudniejsza. Każdy współwłaściciel ma prawo korzystać z całej nieruchomości – więc samo jej użytkowanie niczego jeszcze nie dowodzi.

Zbiornik na gnojowicę, który zmienił wszystko

Sądy obu instancji – rejonowy i Sąd Okręgowy w Gdańsku – oddaliły wniosek wnioskodawców. Wskazały, że rodzina przez lata współużytkowała nieruchomość na zasadzie nieformalnego porozumienia. W oborze wnioskodawcy przez jakiś czas trzymali krowy inni krewni. Remontowano wspólnie wodociąg. Dom miał dwa niezależne wejścia, z których korzystały różne osoby.

Ale najbardziej wymowny okazał się jeden, pozornie błahy szczegół: wnioskodawca zapytał pozostałych współwłaścicieli o zgodę na budowę zbiornika na gnojowicę.

To pytanie – jedno, zadane przy okazji zwykłych prac gospodarskich – zdaniem sądu ujawniło, że wnioskodawca uznawał prawa innych. Nie zachowywał się jak wyłączny właściciel, który sam decyduje. Pytał o zgodę. A kto pyta o zgodę, ten przyznaje, że jej potrzebuje.

Sąd Najwyższy 19 maja 2026 roku oddalił skargę kasacyjną wnioskodawców.

Komentarz ekspercki: co to oznacza w praktyce

Jak wyjaśniał w uzasadnieniu sędzia sprawozdawca Władysław Pawlak, prawo stawia współwłaścicielom chcącym zasiedzieć wspólną rzecz wyjątkowo wysoką poprzeczkę – i nie bez powodu.

„Posiadanie rzeczy wyłącznie dla siebie i z wolą odsunięcia od uprawnień innych współwłaścicieli wymaga, aby współwłaściciel, który chce zasiedzieć rzecz wspólną, udowodnił, że zmienił zakres swego posiadania ponad realizację uprawnień i ją uzewnętrznił wobec współwłaściciela” – wskazał sędzia Pawlak.

Sąd podkreślił też, że nie można przyjąć podwójnego standardu: wobec tych krewnych, których się pyta o zgodę – być posiadaczem zależnym, a wobec tych pomijanych – samoistnym. Postawa musi być spójna i jednoznaczna.

Co więcej, Sąd Najwyższy powołał się na wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 28 października 2003 roku, który wprost stwierdził, że zasiedzenie jest odstępstwem od konstytucyjnej zasady nienaruszalności prawa własności. Wszelkie wątpliwości należy zatem rozstrzygać na korzyść właściciela – nie osoby zainteresowanej zasiedzeniem.

Jaka nauka płynie z tej sprawy?

Orzeczenie II CSKP 711/25 jest ważnym sygnałem dla wszystkich, którzy przez lata użytkują nieruchomości należące formalnie do kilku osób – i liczą, że pewnego dnia nabędą prawo do całej nieruchomości.

Sąd Najwyższy przypomina: nie wystarczy być na miejscu, gdy inni są nieobecni. Nie wystarczy remontować, płacić podatków ani nawet wygrodzić teren. Decyduje to, czy przez cały ten czas zachowywałeś się jak jedyny właściciel – bez pytania innych o zdanie, bez uznawania ich praw, bez wspólnych uzgodnień.

Jeśli przez lata funkcjonowałeś jako jeden z wielu, trudno będzie przekonać sąd, że nagle – i od dawna – byłeś jedynym.

adwokat Jakub Radlmacher


Postanowienie Izby Cywilnej Sądu Najwyższego z 19 maja 2026 r., sygn. akt II CSKP 711/25

Inne wpisy